Kliknij tutaj --> 🐀 felicita tekst jak się czyta
niezmierzone tantiemy, wszyscy to wiemy, że awans ci da. szczęście i dolce vita w progi zawita, bo. awans ci da, awans ci da. Awans ci da. pyszne frutti di mare, nową gitarę, bo. awans ci da. jeszcze uśmiech radosny, ciągły czas wiosny,bo. awans ci da. błogi spokój na duszy, łzy twe wysuszy, bo.
Ktoś mi napisze jak się czyta tekst piosenki? 2010-06-25 13:31:06; Ktoś napisze mi jak się czyta ten tekst piosenki? 2017-05-30 17:08:01; Kto mi napisze jak sie czyta tekst piosenki Kate Alexa- Feel it too.? 2010-11-11 13:30:36; Jak sie spiewa/ czyta tekst piosenki "one last time " ariana grande ? 2017-07-18 16:04:52
Odpowiedź jest prosta - czyta się ją po hiszpańsku. Jak się czyta Giuseppe? Najpierw przeczytaj sam tekst, a następnie skup się na konkretnych słowach i zwrotach, które chcesz zrozumieć. Jeśli jest to trudne, poszukaj słownika lub innego źródła, które pomoże Ci zrozumieć tekst.
dżinge ol te łej. oł łot fan its is tu ride. in e łan hors ołpen slej. dzingu bels dżingu bels. dżinge ol te łej. oł łot fan its is tu ride. in e łan hors ołpen slej. umiem tylko tą piewsza . :) dalej musiałabym pomyśleć, ale mi sie nie chce . :P.
Blog Języki Język polski Jak czytać częściej, szybciej i uważniej? Czytanie w dowolnym języku jest bardzo ważne dla poprawy ogólnej zdolności komunikowania się w tym języku. Jednak szczególnie ważne jest, aby czytać w swoim ojczystym języku, aby pomóc Ci doskonalić się w kluczowych obszarach, takich jak słownictwo
Site De Rencontre Gratuit En Europe. Proszę o napisanie jak się czyta ten tekst (nie po polsku tylko po rosyjsku) jeśli będzie dobrze dam najj
Ty: FelicitaOto właśnie ta chwila,Tak odmieniła nasFelicitaTaka jedna jedynaChwila co mija jużFelicitaKtóra w nas uderzyłaWszystko zmieniła w cudFelicita, FelicitaJa : FelicitaObudziła mnie chwilaŚwiat otworzyła miFelicitaBo wyrwała nas onaZ ramion szarugi dniFelicitaTa porwała nas chwilaW niebo wrzuciła nasFelicita, FelicitaTy: Felicita,Ja szukałem gdzieś szczęściaBardzo daleko takFelicita,Ono było tak bliskoObok tak blisko mnieFelicitaW jednej chwili tak nagleStało się jasne toFelicita,FelicitaRef razem : Szczeście – ta chwila jest w nasLecz znaleźć ją w sobie musisz już samPrzeżyj tę chwilę, żyj niąTo FelicitaSzczeście – to chwila co trwa przez momentI mija, ucieka jak wiatrŁap więc tę chwilę i ceń,To FelicitaJa: FelicitaJak nas tutaj znalazłaMury zburzyła w nasTa chwila- jakW jednej chwili znajomiW drugiej kochani takFelicitaI twój głos w telefonieZłączone dłonieTo Felicita, FelicitaTy: Felicita,Byłaś kiedyś jak rzekaObca, daleka leczFelicitaLecz gdy bieg swój zmieniłaśDo mnie wróciłaś iFelicitaZnowu razem płyniemyChwilą złączeni toFelicita, felicitaRef razem : Szczeście – ta chwila jest w nasLecz znaleźć ją w sobie musisz już samPrzeżyj tę chwilę, żyj niąTo FelicitaSzczeście – to chwila co trwa przez momentI mija, ucieka jak wiatrŁap więc tę chwilę i ceń,To FelicitaRef razem : Szczeście – ta chwila jest w nasLecz znaleźć ją w sobie musisz już samPrzeżyj tę chwilę, żyj niąTo FelicitaSzczeście – to chwila co trwa przez momentI mija, ucieka jak wiatrŁap więc tę chwilę i ceń,To Felicita
Noworoczna awantura to ostatni raz, kiedy słynna para słyszała głos córki. "I tak należę do wody" 19 mar 20 19:00 aktualizacja 20 mar 20 11:36 Ten tekst przeczytasz w 8 minut Piękna Amerykanka i przystojny Włoch w okularach rozkochali w sobie świat piosenką "Felicita", co oznacza "szczęście". Niestety, sami nie cieszyli się nim długo. Życie artystów zmieniło się w piekło, kiedy w tajemniczych okolicznościach zaginęła ich ukochana córka. Wtedy też związek pary zaczął się sypać. Romina Power do dziś wierzy, że Ylenia wróci do domu. Al Bano... pogodził się z jej śmiercią. Zapraszamy na kolejną odsłonę naszego cyklu "Skandale sprzed lat". Foto: Getty Images Al Bano, Romina Power i ich córka Ylenia Poniższy tekst opublikowany jest w ramach cotygodniowego cyklu Plejady: "Skandale sprzed lat". Nastoletnie uczucie widzi się zwykle przez różowe okulary, wierząc, że nigdy nie przeminie. Przekonana była o tym 16-letnia Romina Power, córka aktorskiej pary z Hollywood, Lindy Christian i Tyrone'a Powera. Dziewczyna wychowywana była "pod kloszem". Jej ojciec był zabójczo przystojnym, szarmanckim mężczyzną, co podnosiło poprzeczkę przyszłym partnerom córki. Dla niej samej fizyczna aparycja i majątek nie były jednak najważniejsze. Kiedy miała pięć lat, jej rodzice rozwiedli się, a kiedy zaczęła dorastać, od mężczyzn pragnęła jedynie poczucia bezpieczeństwa, marząc, że znajdzie tego, który nigdy jej nie zrani. W wieku 14 lat Romina zaczęła grać głównie we włoskich filmach, a wiosną 1967 roku trafiła na plan "Nel Sole". To tam poznała Albano Carrisiego (znanego obecnie jako Al Bano). Przystojny syn biednych rolników z Apulii od razu wpadł w oko się młodej Amerykance. Miał wówczas 24 lata, grał na gitarze, śpiewał i był wysportowany. On także szybko zorientował się, że nie może żyć bez Rominy, która urzekła go swoją niewinnością i romantyzmem. Ich uczucie rosło z minuty na minutę, a po kilku dniach okazało się, że ukochana muzyka umie pokazać przysłowiowe pazury. Jak mówił potem: Al Bano i Romina Power Al Bano i Romina Power: życie jak z bajki, które przerwała rodzinna tragedia Uczucie nigdy jednak nie minęło, a zakochany Włoch dla Rominy skomponował piosenkę "Aqua di mare". Mezalians rozwścieczył rodzinę Power, którzy dla Rominy wymarzyli sobie męża z wyższych sfer, a nie z najuboższej części Włoch. Zakochani postawili jednak na swoim. Para pobrała się 26 lipca 1970 roku, kiedy 19-letnia wówczas Amerykanka była już w piątym miesiącu ciąży. Foto: Getty Images Al Bano i Romina Power Od tego momentu ich życie było pełne szczęścia, podróży i światowych sukcesów. Rozkochali w sobie publiczność na całym świecie, lansując takie przeboje, jak "Sharazan", "Felicita", "Ci Sara". To dzięki nim stali się prekursorami italo disco. Foto: Getty Images Al Bano i Romina Power Ich życie prywatne również kwitło. Doczekali się czworga dzieci: syna Yari i córek Ylenii, Cristel i Rominy. Niestety, błogie szczęście muzyków przerwała tragedia. Dlaczego miłość ustąpiła miejsca koszmarowi, z którym oboje mierzyli się przez długi czas? Kryje się za tym dramatyczna historia najstarszej córki pary artystów. Muzyk często wspominał dzień jej narodzin. Foto: Getty Images Al Bano, Romina Power i ich córka, Ylenia Carrisi Ylenia była dobrze wykształcona i uwielbiana przez otoczenie. Al Bano chciał, by wychowywała się w tradycji katolickiej, a Romina Power wychowywała córkę w duchu liberalizmu. Piosenkarz zdradził: Foto: Getty Images Al Bano, Romina Power i ich córka, Ylenia Carrisi Niebezpieczna miłość córki, awantura i ostatni telefon Chowana "pod kloszem" dziewczyna pragnęła w życiu więcej niż cotygodniowe szkółki niedzielne i słuchanie konserwatywnego ojca. Mając 24 lata, postanowiła, że odetnie przysłowiową pępowinę, próbując żyć na własny rachunek. Kiedy podczas rodzinnej podróży po Stanach Zjednoczonych zakomunikowała rodzicom, że chce napisać książkę o środowisku bezdomnych mieszkających w Nowym Orleanie, muzycy byli przerażeni. Domyślali się, że za pomysłem córki stoi uliczny grajek, Alexander Masakela. Ylenia poznała go niewiele wcześniej i, tak jak przed laty jej matka, od razu zauroczyła się w starszym o 30 lat mężczyźnie. Al Bano i Romina Power robili co w ich mocy, by plan córki nie doszedł do skutku. Mieli złe przeczucia i nie ufali jej partnerowi. Ylenia była jednak dorosła i nie mogli zabronić jej realizowania marzeń. Foto: East News Ylenia Carrisi Po raz ostatni ojciec rozmawiał z córką przez telefon, 1 stycznia 1994 roku. Sylwestrowe życzenia zakończyły się karczemną awanturą, której powodem był Masakela, który zwabił dziewczynę do USA. Córka Al Bano i Rominy Power dzieliła z mężczyzną hotelowy pokój. To tam widziano ją po raz ostatni. Krótko po rodzinnej kłótni, zostawiła w hotelu wszystkie swoje rzeczy i... nigdy po nie nie wróciła. Zdruzgotany Al Bano mówił: Przeczytaj: Przed śmiercią Diany zadzwoniła do niej matka. "Powiedziała, że się puszcza". Nie brakowało wyzwisk Kiedy w mediach pojawił się komunikat o zaginięciu Ylenii, wokół sprawy narosło wiele tajemnic, nieścisłości i pytań. Czy córka włosko-amerykańskiego duetu została uprowadzona, a może zamordowana? Ciała dziewczyny nigdy nie odnaleziono, a jako kluczowe uznano zeznania strażnika nocnego, który w nocy 6 stycznia spotkał młodą dziewczynę przesiadującą na molo nad rzeką Mississipi. Albert Cordova, bo o nim mowa, podszedł do nieznajomej i ostrzegł, by była ostrożna. Chwilę potem rzuciła się do rzeki. Sytuację tak opisywał Al Bano: Foto: East News Ylenia Carrisi i Romina Power Polecamy: "Nóż leżał na kaflowej kuchni. Nie wiem, kto go wyjął". Co przed laty stało się w willi Karoliny Wajdy? "26 lat raju i pięć lat piekła" Mimo że strażnik natychmiast powiadomił odpowiednie służby i wezwał pomoc, prąd rzeki był zbyt silny. Żmudne poszukiwania ciała nie zdały się na nic. Czy faktycznie to była Ylenia? To pytanie spędzało sen z powiek Rominy Power i Al Bano przez wiele lat. Przez zaginięcie ukochanego dziecka, małżeństwo słynnej pary zaczęło się psuć. Amerykanka nie dopuszczała do siebie wiadomości, że już nigdy nie zobaczy córki. Obwiniała nie tylko Masakelę za uprowadzenie Ylenii, ale też własnego męża o to, że nie był w stanie sprowadzić jej do domu. Foto: Getty Images Al Bano i Romina Power Dramat o mało nie doprowadził jej do obłędu. Lata spędzone z Power oraz te, przez które nie była w stanie samodzielnie funkcjonować, Al Bano kwituje krótko: Muzyk jest realistą. Twierdzi, że słysząc ostatnie słowa córki, jakie zacytował policjant, wiedział już na pewno, że Ylenia popełniła samobójstwo. Kiedy kolejne poszukiwania kończyły się fiaskiem, zaczął akceptować fakt, że jego najstarsza córka nie żyje. Uznał, że najprawdopodobniej była uzależniona od narkotyków, a tragiczna śmierć była tego następstwem. Niestety, rozpad małżeństwa par, spowodowany odmiennymi teoriami na temat zaginięcia córki był tylko kwestią czasu. Mimo że oboje próbowali ratować rodzinę, radząc się nawet Jana Pawła II, uznali, że uczucie nie zakwitnie na nowo w zgliszczach bólu i wzajemnych pretensji. Rozwód prekursorów italo disco odbył się w 1999 roku, a tym samym na długi czas zakończył wspólne koncertowanie. Foto: Getty Images Al Bano i Romina Power Przeczytaj też: Jego proces o brutalne morderstwo żony zamienił się w cyrk. Nie udowodniono mu zbrodni, którą... opisał w książce Zaginiona córka Al Bano i Rominy Power żyje? "To była ona" Mimo upływu lat Romina Power wciąż wierzy, że jej córka jakimś cudem żyje i ma się dobrze. Co roku, w dzień jej urodzin publicznie apeluje do Ylenii, by wróciła do domu. Regularnie prosi też o pomoc rozmaitych detektywów i jasnowidzów, w tym też specjalistę z Polski. Piosenkarz opowiada: Foto: Getty Images Romina Power Sam Al Bano wie, że fakt, iż ich córka przeżyła, graniczy z cudem. Foto: Getty Images Al Bano i Romina Power Przeczytaj: Życie odebrało mu osiem kul. Dziewiąta trafiła jego ukochaną. "Będę musiał cię zabić" W ubiegłym roku media obiegła sensacyjne informacja. Nagłówki włoskich gazet krzyczały: "Córka Al Bano i Rominy Power żyje!". Wszystko przez zdjęcie wykonane w 2000 roku, które niespełna dwie dekady później pojawiło się w sieci. Zrobił je fotoreporter Roberto Fiasconaro, który zapewnia, że widział Ylenię Carrisi na stacji Santa Lucia w Wenecji. Dopiero za trzecim razem udało mu się zobaczyć, jak twierdzi, zaginioną córkę Al Bano i Rominy Power. Od tragedii minęło 26 lat. Światowe media wielokrotnie wskazywały sensacyjne tropy w sprawie, jednak za każdym razem okazywały się one fałszywe, co po raz kolejny rozdrapywały gojące się, bolesne rany zrozpaczonych rodziców. Czy opublikowane zdjęcie przedstawia Ylenię? Zobacz też: Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł do końca. Jeśli chcesz być na bieżąco z życiem gwiazd, zapraszamy do naszego serwisu ponownie! Data utworzenia: 19 marca 2020 19:00, aktualizacja: 20 marca 2020 11:36 To również Cię zainteresuje
MójCiOn miał ostatnio ciekawą przygodę. Poprosiłam, aby ją opisał. Miało być krótko, a jak wyszło, każdy może zobaczyć. :) Miłej lektury. :)) Czy zdarzyło Ci się, Czytelniku, paść kiedyś ofiarą biernej przemocy z użyciem funkcji, stanowiska lub pozycji? Nie wiesz, o co chodzi? No to może znasz scenę z filmu "Poznaj mojego tatę", w której Ben Stiller zrozpaczony i sfrustrowany niedawnym rozstaniem z narzeczoną, zmęczony fizycznie do granic wytrzymałości, staje sam jeden w wielkiej hali odlotów (jest bardzo późna godzina) przed uśmiechniętym obliczem stewardesy odprawiającej pasażerów (czyli jego jedynego) na najbliższy lot? Nie znasz? To idzie dalej tak: Nieszczęsny, zniecierpliwiony i wyczerpany Ben dowiaduje się z komunikatu wydobywającego się w syntetycznym tonie spomiędzy rozchylonych sztucznym uśmiechem warg panienki, że musi poczekać, bo aktualnie odprawiani są pasażerowie wyższej klasy, kobiety z dzieckiem na ręku itp. uprzywilejowana klientela tychże linii lotniczych. Zrozpaczony i skołowany Ben rozgląda się wokół w jakiejś naiwnej nadziei, że tuż obok wyrosła jednak kolejka tych, którzy mają niezbywalne prawo zapakować się do maszyny przed nim, co dałoby mu jakąś wiarę w sens procedury zastosowanej przez wciąż uchachaną, jakby w żadną stronę nieewoluującym uśmiechem, strażniczkę lotniskowego ładu. Niestety, żywej duszy! Ben prosi więc: Kobieto, wpuść! Tu nikogo nie ma poza sympatycznymi nami (tekst dialogu zmyślam z niczego, czyli z głowy, starając się trzymać meritum)! Uśmiech Giocondy pozostaje niewzruszony, ale w zimno-szklistych oczach pojawiają się dwa nagie sztylety. Proszę się cofnąć za żółtą linię! Obecnie odprawiamy pasażerów z prawem pierwszeństwa! (Czy muszę dodawać, że wciąż, oprócz Bena, nikt nie pali się do tego samolotu?) Ben zaciska szczęki, wprawia je w ruch posuwisto-zwrotny, docierając w ten sposób w ciągu minuty przez nabłonek, szkliwo, zębinę do komór swojego uzębienia, ale z grzecznością przyprawioną dymem wydobywającym się z uszu cofa się za rzeczoną linię. Następuje bliżej nieokreślony okres (czasu oczywiście), kiedy między bohaterami sceny zalega tzw. krępująca cisza. Jedynie od strony Bena ciszę tę subtelnie zakłóca niemal niesłyszalny zgrzyt i świst. I kiedy chwila ta zaczyna przeradzać się w wieczność, następuje kulminacja sceny. Panienka pobiera z kontuaru mikrofon i oznajmia przez liczne megafony, bardzo donośnie, całkowicie pustej hali odlotów (oczywiście nie licząc Bena, wpatrzonego wściekle w demiurga swego losu), że pozostali pasażerowie mogą przystąpić do odprawy. Odkłada mikrofon, obdarza Bena nieco szerzej rozciągniętą szczeliną swojego otworu gębowego, wydaje mu kartę pokładową i z urokiem godnym osobowości Barbie życzy mu miłego lotu. Ta scena ma jeszcze swoje następstwa na pokładzie samolotu. Krótka znajomość stewardesy Barbie z wycieńczonym psychicznie i fizycznie Benem kończy się nieomal zabójstwem ikony plastikowego piękna z rąk naszego bohatera, metodą uduszenia, ale finał ten nie ma znaczenia dla rozwikłania zagadkowego pytania "padniętego" na wstępie. Domyślasz się zapewne, uważny Czytelniku, że lotniskowe zajście jest dla mnie podręcznikowym casusem biernej przemocy z użyciem funkcji, stanowiska lub pozycji. Ale dlaczego, pytasz, Czytelniku, to pytanie padło? Otóż moja skromna osoba miała ostatnio wątpliwy zaszczyt być ofiarą aktu stawiającego mnie na równi ze wzmiankowaną wyżej sławą Hollywood. W późnej przemierzając Wrocław porze, upewniwszy się zawczasu, że w domu nie czeka mnie żona z obiadem, a jedynie żona jako taka, zdecydowałem się zajechać do nieznanego mi wcześniej przybytku będącego elementem dużej sieci fast (właśc. "fat") foodu, który w skrócie nazwę: McD, żeby się nikt nie domyślił i mnie nie pozwał. :) Było ciemno, zimno, mokro i cholernie głodno, więc skierowałem się na tzw. drive w celu skonsumowania na szybko, niezdrowo i byle jak tego, co tam szkodliwego serwują. Na drivie natknąłem się na obiecująco, ciepło, sycąco (Boże, jaki byłem głodny!) rozświetlone od wnętrza okienko. Tak jak niestety się spodziewałem (z niewiadomych powodów te pierwsze okienka są w całym nadwiślańskim kraju wykute w ścianie, ale i na stałe zamknięte), okienko oferowało jedynie to miłe oku i żołądkowi światło oraz karteczkę obowiązującą również w całym kraju, instruującą, aby podjechać do kolejnego okienka (czasem są trzy otwory i wtedy sprawy się zapewne komplikują). Jak kazali, tak zrobiłem. Z nadzieją godną wielodniowej uczty podjechałem do wskazanego wcześniej okienka. Jakaż była radość moja i moich ślinianek, kiedy oprócz światła nadziei ujrzałem w okienku uśmiech zlokalizowany obok mikroportu, wkomponowany w górną część sylwetki mojej potencjalnej, incydentalnej karmicielki. W tym miejscu nadmienię, że w związku z późną porą oraz zapewne w związku ze sztormową pogodą mój samochód był jedynym pojazdem nie tylko na drivie, ale w całej okolicy "restauracji". Zresztą, o ile mogłem z poziomu mojego siedziska zlustrować surowo-kiczowato-plastikowe wnętrze przybytku, kręciło się tam wyłącznie kilka sztuk kolorowo przybranego personelu. Okienko uchyliło się, owiewając mnie na ogół mocno krytykowanym odorem wielokrotnie używanego oleju, który jednakże w tamtej chwili był dla mnie jak zapach łąk alpejskich, wpadający w nozdrza bohaterek reklam wiadomej czekolady z charakterystycznym motywem fioletu. Walcząc ze ślinotokiem, kierowany nieokiełznaną już żądzą zatopienia siekaczy w czymkolwiek, co spłynie w następstwie do żołądka, złożyłem zamówienie na POWIĘKSZONY ZESTAW!!! Uśmiech z mikroportem nieznacznie się powiększył, ale wydało mi się, że moje zamówienie przepłynęło przez receptory mojej karmicielki absolutnie niezarejestrowane, niczym neutrino przez skorupę ziemską w drodze z CERN do Gran Sasso w aferze nadświetlnej. "Czy złożył pan zamówienie do mikrofonu?" - zapytał uśmiech. "Niestety, przepraszam, nie, bo podjechałem bezpośrednio do tego pierwszego okienka, gdzie był jedynie napis, żeby podjechać tu, do pani. No więc jestem i poproszę o POWIĘKSZONY ZESTAW!" - powiedziała mniej więcej w tych słowach moja zagłodzona osoba. "Musi pan złożyć zamówienie do mikrofonu, który znajduje się po przeciwnej stronie obiektu restauracyjnego." - zakomunikowała proceduralnie moja nadzieja na pełny żołądek. Nieszczęśliwie dla mnie moja niezredukowana przez głód spostrzegawczość kazała mi zwrócić uwagę (tym razem świadomą) na mikroport przyczepiony do karmiącego uśmiechu oraz komputer zlokalizowany pod dłońmi, które miały mi wkrótce wydać, w co wciąż jeszcze wierzyłem, paczkę gastronomicznego zbawienia. "Czy jeśli objadę obiekt dookoła i przemówię do mikrofonu, prosząc tym samym, co w tej chwili, głosem o ten sam POWIĘKSZONY ZESTAW, to pani odbierze to wołanie o ratunek tym genialnym wynalazkiem przymontowanym do pani szlachetnego ucha i wklepie przybyłe przez nieodgadnioną plątaninę kabli zamówienie do widocznego poniżej komputera?" - zapytała w o wiele prostszych słowach moja, co by nie powiedzieć, coraz bardziej kąśliwa osoba. "Musi pan złożyć zamówienie do mikrofonu." Moja wybawicielka najwyraźniej się zacięła i jakby w wyraz zacięcia przerodził się również jej uśmiech. A może to brak jakichkolwiek innych klientów i spowodowana tym nuda zrodziły w niej chęć podjęcia takiej zabawy w specyficzną odmianę „pomidora"? Ja jej: zamówienie/pytanie/wywód/pretensję/skowyt/rzężenie, a ona mi: "pomidor”, czyli „złóż zamówienie do mikrofonu"! Mój spryt przerzucił mnie w tryb manipulacji o wyższości logicznego postępowania nad entropią: "Czy pani nie widzi bezsensowności tej sytuacji, że zamiast przyjąć zamówienie in situ, do żywego ucha, widząc mnie, zalewającego się śliniankowym produktem trawiennym i jednocześnie nie widząc, od kiedy tu jestem, żadnego innego klienta, wrzucić to żywe słowo biegłymi palcy do oczekującej na rozkazy maszyny oraz zapakować czym prędzej tę POWIĘKSZONĄ BUŁĘ, POWIĘKSZONE FRYTY I POWIĘKSZONY PRZECZYSZCZAJACY-WSZELKI-ZARDZEWIAŁY-ZAWIAS PŁYN, że tak nazwę już moje zamówienie po imieniu, a tym samym uratować od śmierci głodowo-frustracyjnej niniejsze wywodzącego, to wysyła mnie pani dookoła wojtek, abyśmy się w tej samej materii skomunikowali z przeciwnych stron obiektu? Jaki to ma sens, proszę pani? Jaka tu i czyja potrzeba jest realizowana? Bo na pewno nie ta, która wydobywa się z pustych i burczących czeluści tu konającego!" - w o wiele krótszym i prymitywniejszym, ale niepozbawionym logiki wywodzie moja osoba zmiażdżyła słuchającą. Teraz już musiał nastąpić nieunikniony moment refleksji, przebudzenia, radości z uczestnictwa w rzeczywistości przyczynowo-skutkowej... "Niestety, musi pan złożyć zamówienie do mikrofonu." Obok mikroportu znowu pojawił się uśmiech… Nie wiem, skąd w tak niedożywionej w tamtej chwili osobie pojawiła się tak nieokiełznana eksplozja energii. Między uchylonym oknem mojego auta i, wciąż jeszcze, uchylonym okienkiem nr 2 obiektu, przepłynęły armagedońskie fale i treści. Treści te, niemające już nic wspólnego z uporządkowanym światem przyczyny i skutku, bliższe naturze plazmy, z uzyskania której CERN dostałby Super-Nobla, nie podlegają żadnym prawom publikacyjnym w naszym obszarze kulturowym i jako takie zostaną we wstydliwej pamięci piszącego te słowa. Dosyć na tym, że moja, niedoszła już, karmicielka, tkwiąc wyjątkowo silnie w świecie procedur, życzyła mi miłej nocy, po czym zasuwając okienko nr 2, z powiększającym się wyraźnie uśmiechem, partnerem mikroportu, odwróciła się do przyglądających się tej niewinnej scence przyjaciółek, zanurzając się w oceanie sadystycznej satysfakcji, podsyconej niewątpliwym podziwem koleżanek. Moja klęska była całkowita. Kryształowa logika, skuteczna manipulacja, gra na współczucie - to wszystko rozbiło się w puch o niewzruszoną skałę biernej przemocy z użyciem funkcji, stanowiska lub pozycji. Jedynym pocieszeniem był zanikły głód...
"Kenczasty" czy "pięć ciastek" - takie wersje hitu MC Hammera "U can't touch this" obowiązywały w 1990 roku, gdy w rytm przeboju bujała się cała Polska. Ale to tylko jeden z wielu przykładów śpiewania zagranicznych piosenek po swojemu. Cztery lata temu pisałem o polskich piosenkach, których słowa zrozumieliśmy dopiero po latach. Czasami wychodziły z tego naprawdę niezłe kwiatki. Teraz przyszedł czas, żeby przyznać się do (nie)znajomości tekstów zagranicznych piosenek. Zacząłem się nad tym zastanawiać, bo mój niespełna trzyletni syn od kilku dni śpiewa z mamą fragmenty piosenek "One way ticket" w wykonaniu Boney M oraz "Yellow submarine" Beatlesów i uczy się co znaczą te słowa. Uświadomiłem sobie, że on nie będzie miał problemów ze zrozumieniem angielskich tekstów utworów, bo języka będzie uczył się pewnie już w przedszkolu. A zanim zacznie, rodzice trochę mu podpowiedzą. Z drugiej strony nie będzie miał takiej zabawy, jak pokolenie dzieciaków, dzisiaj blisko 40-latków, które śpiewało hity po swojemu, a potem odkrywało, jakie naprawdę słowa kryły się za ich zmyśleniami. Dziam, dziam to po angielsku...? Pierwsze skojarzenie z zagraniczną piosenką mam takie, że tarzam się po podłodze mieszkania w rytm akordów piosenki "The Final Countdown" zespołu Europe i w refrenie, zamiast odliczać z Joeyem Tempestem tytułowe "final countdown", drę się "dziam, dziam". Jest pewnie rok 1986, może 87, mam cztery lub pięć lat. Rodzice mnie nie poprawiają, bo jestem dzieckiem, no i sami też nie znają języka angielskiego. Takich hitów śpiewanych po swojemu zapewne każdy z nas ma bez liku. Tworzyliśmy nieistniejące słowa, rozwijaliśmy dźwiękonaśladownictwo. I każdy był pewien, że to jego wersja jest prawdziwa. Rok po piosence Europe wyszedł inny przebój, tym razem grupy U2 - "With or without you". Nie pamiętam go z tamtych czasów, ale przez dekady, mimo że jak byk widać, jaki jest tytuł, ja śpiewałem pod nosem, gdy słyszałem tę piosenkę w radiu, coś w stylu "we're going back to". Dopiero niedawno dotarło do mnie, jak to powinno brzmieć naprawdę. "Kenciasty" albo "pięć ciastek" - tak śpiewało się hit MC Hammera "U can't touch this" z 1990 lat później, będąc ze znajomymi na weekendowym wyjeździe za miastem, ktoś odkrył, że ma tę piosenkę na płycie CD. Ustawiliśmy odtwarzacz na ciągłe powtarzanie, trwało to kilka godzin. Po czasie stworzyły się dwa obozy - zwolenników i przeciwników tego pomysłu, a w pewnym momencie spór naprawdę się zaognił. Polskie słowo w piosence The Clash?Osobną kategorią i umiejętnością jest doszukiwanie się polskich słów w zagranicznych piosenkach. Nie pamiętam tego wiele, ale w piosence The Clash "Should I stay or should I go" jest taki fragment "Exactly whom I'm supposed to be", a ja tam słyszę nasze, swojskie słowo "mam". No sami posłuchajcie i powiedzcie. I to często tak działa, że jak sobie wbijesz do głowy, że coś usłyszałeś, to słyszysz to słowo i ciężko jest się przestawić. Ja do teraz słyszę tam "mam". W latach 90. na szkolnych dyskotekach i nie tylko tam, królowały zagraniczne piosenki taneczne. Jedną z takich była "We're going to Ibiza!" - Vengaboys. Wiadomo, Ibiza - wyspa, więc normalne, że w pewnym momencie jest taki fragment: "back to the island". Po latach znajoma przyznała mi się, że śpiewała tam zawsze "daktyliano". Co? Ano właśnie - odsyłam do akapitu o popisów zapewne znalazłbym więcej, ale z czasem poznałem teksty wielu utworów i dzisiaj zatarło mi się już w pamięci, jak brzmiały moje "oryginalne" wersje. La, la, la, la, "La bamba" i co dalej?No, ale przecież nie samymi angielskimi piosenkami żyje człowiek. Czy znajdą się śmiałkowie, którzy powiedzą, że w piosence "La Bamba" Los Lobos, albo "Macarena" Los del Rio nie zmyślali całych fragmentów i śpiewali dobrze tylko to, co widoczne jest w tytule każdego z przebojów? Stałym punktem niemal każdego wesela jest "Felicita" Ala Bano i Rominy Power. Założę się, że poza słowem tytułowym mało kto zna inne fragmenty tekstu tej piosenki, a jednak cały parkiet, wszystkie ciocie i wujkowie śpiewają znacznie więcej. Ciekawe co? Trójmiejski akcentNa koniec klasyk anglojęzyczny, chociaż polski i trójmiejski, czyli co można usłyszeć w utworze zespołu Behemoth "Decade of therion, którego liderem jest Adam "Nergal" Darski. A wasze uszy, co słyszały w znanych zagranicznych utworach?
felicita tekst jak się czyta